Rok 2019 okiem indyczego amatora

Rynek gier niezależnych od ładnych już kilkunastu lat cały czas fantastycznie pnie się w górę co niesamowicie mnie cieszy. Przede wszystkim dlatego, że występują u mnie takie okresy kiedy mam szczerze dosyć tych wszystkich napakowanych budżetem i tabelkami z excela gier AAA gdzie masa rzeczy jest robiona na jedno kopyto tak aby przyciągnąć do siebie jak najwięcej osób. Oczywiście jest to dla mnie absolutnie zrozumiałe bo jeżeli ktoś pakuje w grę kilkadziesiąt lub nawet kilkaset milionów dolarów to dobrze aby przykuwała ona uwagę jak największej grupy osób dzięki czemu ryzyko wpadki finansowej maleje. No chyba, że jest się Rockstarem to można wpakować w tytuł rekordowe sumy i nie bać się o to czy się zwróci a raczej zastanawiać jak bardzo. Jednak gry niezależne bardzo często są robione przez pasjonatów, którzy poczuli w sobie misję aby zrobić coś o czym do tej pory jako gracze marzyli. Bez tabelek i wykresów codziennie, bez pana w krawacie mówiącego „zrób to tak aby przypominało Overwatch albo Fortnite” i przede wszystkim bez tak ogromnych pieniędzy co oczywiście nie znaczy, że bez strachu o czym najlepiej świadczy historia twórcy Stardew Valley z książki „Krew, Pot i Piksele”. I mimo iż indyczki bardzo często powielają wiele pomysłów zaprezentowanych przez innych twórców to dzięki nieco odmiennej grafice potrafią mnie przykuć do pada na wiele godzin. Na pewno ma na to wpływ fakt, że jestem wychowany na grach z Commodore 64 czy Atari 2600 gdzie kilka pixeli na ekranie to była cała grafika a fantastyczne utwory muzyczne z ery C64 aż po dziś dzień sobie odświeżam co jakiś czas z playlisty. Później w erze pierwszego PlayStation kiedy to w moje ręce trafiały takie pozycje jak Metal Gear Solid, Tekken 3, Gran Turismo 2 czy Final Fantasy VII zupełnym przypadkiem kolega podarował mi płytkę z grami Net Yarooze gdzie były wrzucone niesamowicie budżetowe pozycje, które wyglądały bardzo często na pozycje niedokończone.

W poniższym tekście chciałbym pokrótce opisać najciekawsze gry niezależne, które wyszły w mijającym roku. Znajdą się tutaj pozycje bardzo oczywiste dla wielu ale też myślę, że znajdą się tutaj pozycje wcześniej niedostrzeżone przez wiele osób. Na sam koniec dorzucę też mały bonus w postaci ciekawych gier niezależnych, które może nie są z tego roku wydawniczego ale dopiero w jego trakcie wpadły w moje ręce. Zapraszam do lektury.

Zdecydowanie jeden z najlepszych tytułów niezależnych mijającego roku, którym zainteresowany byłem już od momentu jak pierwszy raz mi mignęła zajawka wczesnej pre alphy gdzieś w 2017 roku. Potem o grze ucichło (a raczej nie wywołała ona tak wielkiego szumu w polskich mediach) i do momentu ujawnienia jej jako tytuł dostępny w Xbox Game Pass od dnia premiery kompletnie o niej zapomniałem. Były to takie dzikie czasy, że nie robiłem sobie żadnych notatek oraz list gier, którymi byłbym zainteresowany bo przecież ja tak wszystko na bieżąco ogrywam. Właśnie z tego samego powodu Final Fantasy XV nadal czeka na dysku na „wolną chwilę”. Wracając do tematu to gierka niemieckiego studia traktująca o zjeżdżaniu na rowerze z wysokiej góry doskonale odwzorowuje uczucia towarzyszące takiej aktywności. Wydaje się proste jak jesteś na samej górze, potem zaczynasz zjeżdżać i ogarnia Ciebie panika bo nie wiesz co się dzieje, następnie modlisz się o szybką i bezbolesną śmierć. Jednak z czasem przychodzi wprawa od praktyki i zrozumienie zasad gry oraz tego, że może na początku trochę nie wychodzić ale jeżeli mocno się zaprzemy to uda nam się stać mistrzem gry. Lonely Mountains na pewno nie należy do gier łatwych a jej wymasterowanie raczej bym zaliczał do poziomu większego wtajemnicznenia (takie Dark Souls gier rowerowych he he he) jednak kiedy już ogarniemy sterowanie to niczym Travis Pastrana czy Dave Mirra nasze wyczyny sprawią, że pobliskie drzewa będą stały w osłupieniu. Bo poza nami na ścieżkach rowerowych nie spotkamy nikogo więcej. Nie zabraknie natomiast wspaniałych widoków za które jest w dużej mierze odpowiedzialna piękna grafika low poly oraz bardzo ładne zagęszczenie dodatkowych elementów trasy. Ogromnym atutem gry na pewno jest spora swoboda w przemierzaniu trasy przynajmniej do momentu kiedy przejeżdżamy przez punkty kontrolne i żadnego z nich nie pomijamy, Kiedy jednak na trasie odblokujemy możliwość jazdy swobodnej mamy możliwość przejechania jej tak jak nam się tylko wymarzy oraz na ile rower pozwoli a tych mamy do odblokowania 5 + 1 gotowy na starcie i znalazło się nawet miejsce dla kolarzówki (przeklinam tego kto na ten pomysł wpadł). Trzeba jednak uważać aby nie zaliczyć dzwona bo cała trasa będzie czekała na przejechanie od samego początku.

Jeden z fragmentów gdzie można było spokojnie depnąć mocniej ale z tym trzeba mocno uważać bo złe oszacowanie hamowania skieruje naszego rowerzystę do pobliskiego stomatologa

Cała oprawa audio wizualna w grze mną mocno sponiewierała a jej największym atutem jest wspaniała prostota. Dźwięki lasu takie jak pobliski strumyk, szeleszczące na wietrze liście czy hukająca gdzieś tam na nas sowa idealnie wpasowują się w uproszczony model graficzny. Kiedy jednak myślałem, że graficznie gra mnie już niczym nie zaskoczy po tym jak zobaczyłem wszystkie 4 górki do przejechania (na każdej 4 trasy) okazało się, że mamy do odblokowania tryb przejażdżki nocnej gdzie nie sposób nie docenić wspaniałej gry światłem pochodzącej z naszej lampki rowerowej. Cała reszta trasy jest niemal niewidoczna i aby ukończyć taki poziom beż żadnej skuchy oraz z w miarę sensowym czasem to trzeba mieć wyuczone już wszystkie zakręty, szykany oraz skróty na pamięć. A o skrótach też warto wspomnieć bo ich mnogość sprawiła, że zacząłem się zastanawiać kiedy ostatni raz miałem do czynienia z tak dużą ich ilością w grze wyścigowej i albo nie grałem w wystarczająco dużo tego typu gier albo po prostu nic takiego nie miało wcześniej miejsca.

Moment kiedy nadchodzi sprawdzian naszych umiejętności zebranych do tej pory w grze czyli tryb nocnej przejażdżki. Pamiętajcie, że na SOR w nocy często są duże kolejki!

Kończąc część tekstu o Lonely Mountains Downhill mogę tylko jednym krótkim zdaniem. Jeżeli nie jest wam obca przejażdżka rowerowa, lubicie wyzwania i doceniacie piękne wykończenie graficzne to jest to tytuł, którym musicie się zainteresować. Cały czas jest to gra dostępna w usłudze Xbox Game Pass także jeżeli macie ją aktywną to nie zwlekajcie.

O słynnej gąsce w tym roku było pisane tyle, że naprawdę nie wiem co bym tutaj mógł dodać poza osobistymi odczuciami. Może zacznę od tego, że długo za mną ten tytuł chodził aby go kupić ale nie będąc w 100% przekonanym co od jego wartości (gdzie te czasy, że gry miały obowiązkowe dema?) długo zwlekałem. Okazało się, że zwlekałem o jakieś 2 tygodnie za krótko bo po zakupie gry oraz jej ukończeniu Microsoft rzucił nią w swoją flagową usługę. Nie przeszkodziło mi to jednak drugi raz się świetnie bawić bo jedno gąska doskonale to sprawia ogromna frajdę. Wkurzanie ludzi jest tutaj tak dobrze odwzorowane, że momentami niemal czułem ich zagotowane głowy, które na widok białego gęgacza osiągały temperatury wrzenia. Kiedy dorzucimy do tego dużą różnorodność w kwestii zadań oraz bardzo miłą dla oka grafikę to otrzymamy przepyszne danie z gęsi, które zapewne przy trzecim podejściu też sprawi mi dużo radości. Jeżeli macie jakiekolwiek wątpliwości co do tego czy zakupić grę a brakuje wam oryginalności w świecie gierek to nie wiem co was jeszcze powstrzymuje.

Kiedy Blizzard milczy na temat Diablo IV (no dobra niedawno coś tam pokazali) a na rynku hack and slash od dawna panuje pewnego rodzaju posucha to wjazd Children of Morta można porównać do przybycia Gandalfa do Helmowego Jaru w drugiej części Władcy Pierścieni. Połączenie h’n’s z rogalikiem jest strzałem w dziesiątkę. W roli głównej mamy tutaj rodzinę Bergsonów, których spokój u podnóży góry Morta zostaje jednego dnia zakłócony przez zepsucie ogarniające Boga Góry, które w efekcie może ogarnąć cały świat. Czująca powagę sytuacji wesoła rodzinka otwiera tajemne przejście ukryte w podłodze swojego domu i po kolei wyrusza na ekspedycje aby dowiedzieć się co powoduje zniszczenie na świecie oraz jak je zatrzymać. Z początku do naszej dyspozycji jest tylko jeden członek rodziny czyli Jon jednak wraz z postępem w grze będą się pojawiać kolejni. Jedni odbędą tyle treningu przygotowawczego pod okiem starszego członka rodziny, że nadejdzie ich czas a ktoś inny wróci z dalekiej podróży pełen doświadczeń. Jedna postać to taki typowy tank, który wbija się w grupę przeciwników i robi z nich miazgę, Lisa jest pełną gracji łuczniczką, która zasypuje przeciwników swoimi strzałami a np taka Lucy jest również postacią spisującą się najlepiej w walce na dystans ale jej magiczne moce są ograniczone i może ich używać tylko i wyłącznie stojąc w miejscu. Postaci łącznie do odblokowania mamy 5 i gra niejako wymusza na nas tasowanie nimi tak aby nie ogarnęło ich zepsucie. Jeżeli takie coś nastąpi to dana postać jest na pewien czas osłabiona i możemy ją zabrać na podróż po lochach ale jej maksymalny poziom zdrowia będzie mocno nadszarpnięty.

Children of Morta wyróżnia się przepięknym pixel artem nawiązującym mocno do Moonlightera (przez fakt, że obie gry mają tego samego wydawcę czyli 11 bit studios byłem pewien, że pochodzą też od tego samego developera), który dodatkowo został wzbogacony o współczesne efekty oświetlenia oraz animacje. Nieważne czy jest to jedna z naszych postaci, jakiś mobek czy boss to ich pixelowe postacie są przepięknie animowane i doceniam sam fakt, że chciało się twórcom gry zadbać o takie szczegóły jak widoczny ruch dłonią. Pewnym minusem jest na pewno fakt, że lochy do zwiedzania nie są zbyt różnorodne i nie możemy liczyć na takie ich rozbudowanie jak we wspomnianym wcześniej Diablo czy też Path of Exile. Na pewno jednak nie stanie to na drodze do świetnej zabawy a tej tutaj mamy zagwarantowane na około 15-20 godzin bo mniej więcej tyle potrzebujemy na ukończenie gry. Jak nam będzie smutno albo trudno w trakcie eskapady to nic nie stoi na przeszkodzie aby ktoś usiadł z nami na kanapie i wspólnie przemierzał lochy.

Kolejna na liście zeszłoroczna perełka to Creature in the well czyli na papierze jedno z najdziwniejszych połączeń gatunkowych, które w praktyce daje niesamowicie grywalny tytuł z ciekawą fabułą. Naszym głównym bohaterem tutaj jest jednostka BOT-C, który jest ostatnim robotem swojego rodzaju i przemierza bezkresną pustynię w poszukiwaniu czegokolwiek. W końcu udaje mu się natrafić na pewne ślady architektury, które prowadzą go do niewielkiego miasteczka leżącego u podnóża ogromnej świątyni. Jak się dowiadujemy od mieszkańców miasteczka ów świątynia jest zamieszkiwana przez potężną istotę czy tez tytułową kreaturę. Nikt z pozostałych żyjących nie jest na tyle głupi aby pchać się do świątyni ale zła bestia jest słyszalna z pobliskiej studni co tłumaczy tytuł gry. Jest to też miejsce, które dobrze poznamy i wielokrotnie odwiedzimy ponieważ gra jest między innymi rogalikiem i w przypadku naszej „śmierci” zostajemy wyrzuceni obok tej studni abyśmy mogli jeszcze raz się przygotować do walki i stawić czoła przeszkodom czyhającym na nas w świątyni.

Od zawsze mnie fascynował design świata opierający się na pradawne technologie niczym w Zelda Breath of the Wild

Napotkana świątynia jest nie tylko miejscem świętym ale też niesamowicie ważnym dla pobliskiego miasteczka. Szalejąca od dawna burza piaskowa może zostać powstrzymana tylko i wyłącznie dzięki ponownemu uruchomieniu wszystkich źródeł zasilania w tajemniczej budowli a im dalej w las tym będzie nas czekać trudniejsze zadanie. Tym bardziej, że gra mimo iż jest slasherem, dungeon crawlerem, wspomnianym wcześniej rogalikiem to zawiera także elementy pinballa! Tak, dobrze przeczytaliście. W Creature in the well walczymy za pomocą podniesionych po drodze pałek, mieczy, gazrurek ale nie one są naszą bronią a kule energetyczne, które za pomocą naszego białego oręża możemy odbijać. Nie tylko w kierunku przeciwników ale też w stronę przycisków przypominających te wszystkie zbijaki ze stołów z flipperami gdzie każde trafienie dawało nam dużo punktów a w przypadku ich dużego zagęszczenia odbywało się momentami prawdziwe punktowe szaleństwo.

„Nie rozumiecie czegoś. To nie ja jestem zamknięty tutaj z wami tylko wy ze mną” – Rorschach

Sam level design naprawdę bardzo mi przypadł do gustu i mimo początkowej frustracji z powodu braku pewnego zrozumienia mechanik panujących w grze to bardzo mocno chciałem pchać to wszystko do przodu bo chciałem zobaczyć kolejny pokój, korytarz czy też pole pełne zbijaków i po prostu poczuć się trochę niczym 20 lat temu kiedy to na poznańskim Starym Rynku z bratem odwiedziliśmy salon gier pełen automatów z takimi hitami jak Metal Slug, Golden Axe, Tekken 2 czy po prostu z masą flipperów. I o ile w automatach przydawał się po prostu bardzo dobry refleks aby w odpowiednim momencie odbić lecącą ku dziurze kulkę tak w Creature in the well przyda nam się też bardzo dobra celność bo gra nie zamierza nam ułatwiać za bardzo celowania gdzie odbijemy kulkę mocy i czasami potrafiła ona raz za razem mijać cel o dosłownie kilka centymetrów. A kiedy w końcu i to się udało zaliczyć to wyskakiwała kolejna przeszkoda do trafienia, tym bardziej jeszcze dalej i znacznie mocniej ukryta za przeszkodą. Jednak mimo tej frustracji, którą momentami przeżywałem to z przyjemnością spędziłem w tej grze około 10 godzin i czułem pewnego rodzaju pustkę po tym jak nie miałem w niej już do zrobienia. Potrzebowałem czegoś co wciągnęłoby mnie równie mocno w swój świat i nie wypuściło aż do momentu poznania zakończenia.
Sponsorem tego tekstu może zostać na pewno hasło „Xbox Game Pass” bo jest to kolejna produkcja, którą poznałem dzięki tej usłudze. I podobnie jest z następną, która w moim odczuciu jest najlepszym nie tylko indykiem ale też najlepszą grą w jaką grałem w 2019 roku.

Nie da się przejść obok Void Bastards obojętnie przynajmniej nie w takim sensie aby chociaż na chwilę na ten tytuł nie spojrzeć. Oczywiście nie każdy musi w niego zagrać bo to FPS, który mimo iż jest jednym z głównych gatunków gier ogrywanych na całym świecie to przecież nie znaczy to, że wszyscy w niego zagrają. Jednak jest to FPS z naprawdę nietuzinkową oprawą graficzną, która już tym na sam początek wyróżnia grę z wszystkich strzelanek pierwszoosobowych zalewających nasz rynek. Komiksowa oprawa graficzna to na szczęście nie jest jedyny plus tej pozycji a raczej wstęp do tego prawdziwego cuda bo na szczęście twórcom udało się idealnie zbalansować sam gameplay.

W paru aspektach gra przypomina trochę Bioshocka. Mamy perki, które możemy sobie rozbudowywać np znajdowanie konkretnego rodzaju amunicji, łatwiejsze hackowanie maszyn czy takie standardowe jak większa wytrzymałość pancerza. Dochodzi do tego eksploracja małych, zamkniętych pomieszczeń gdzie przychodzi nam walczyć z przeciwnikami chociaż wielokrotnie dzięki sprytowi oraz otoczeniu możemy tej walki uniknąć np zamykając drzwi i blokując ich zamek (jeżeli mamy zdolność szybkiego hackowania to dzieje się to w sekundę) albo włamując się do wieżyczki wartowniczej, która od teraz zaczyna strzelać w naszych oprawców.
Znajdziemy też tutaj rozwiązania zaczerpnięte ze słynnego FTL czyli przesuwając się na mapie w jedynym kierunku cały czas goni nas niebezpieczeństwo z tej drugiej strony. Nie ma też oczywiście możliwości powrotu na stacje już odwiedzoną albo taką pominiętą także trzeba odpowiednio planować nasze eskapady. Przy podświetleniu danej stacji/statku mamy kilka informacji na temat tego jakiego rodzaju przeciwników tutaj napotkamy, co pozwala nam się odpowiednio przygotować do walki. Mamy też informacje na temat tego jakie surowce znajdziemy na miejscu oraz czy wśród nich jest ważny dla popchnięcia fabuły przedmiot np karta dostępu do systemu.

Całość mocno opiera się na odpowiednim planowaniu swoich poczynań bo na pewno nie ma tutaj miejsca na wpadanie na Rambo i rąbanie do wszystkiego z byle czego. Niektórzy przeciwnicy wymagają od nas broni, którą będziemy mogli ich na chwile ogłuszyć co pozwoli nam spokojnie ich wykończyć. Inni z kolei mogą wytwarzać tarczę obronną, która chroni ich od ataków z frontu więc w takim przypadku przyda nam się coś co będziemy mogli rzucić im za plecy. Oczywiście nie dostaniemy tych informacji od samej gry tylko przy pierwszym spotkaniu z danym stworkiem możemy mocno się zdziwić, że nasze pociski ze zszywacza nie robią na nim większego wrażenia. Jednak przeciwników do ukatrupienia jest na tyle odpowiednia ilość, że nie poczujemy się przytłoczeni planowaniem z czym wyruszyć na eksplorację ale też co jakiś czas zostaniemy mile zaskoczeni przez grę zupełnie innym rodzajem przeciwnika.
Dorzućmy do tego nietuzinkowe poczucie humoru i mamy przepis na wspaniały tytuł na kilka wieczorów albo na zdecydowanie dłużej bo gra oferuje możliwość przechodzenia w trybie wyzwania. Nie należy on do łatwych i o ile w standardowym przejściu gry można było momentami na początku gdzieś zaliczyć lekką skuchę tak w trybach specjalnych trzeba mieć 110% skupienia aby nie dać sobie odstrzelić tyłka.

To by było na tyle z tego całego dobra indyczego, które wyszło w zeszłym roku. Samych indyków, które ograłem było znacznie, znacznie więcej ale te parę pozycji w szczególności skradły moje serce i sprawiły, że warto było o nich napisać. Jestem przekonany, że ktokolwiek czyta ten tekst na pewno ograł przynajmniej 2-3 pozycje z tej listy ale liczę na to, że udało mi się komuś wskazać coś o czym do tej pory nie słyszał a dzięki temu co przeczytał powyżej zdecydował się na jakiś zakup.