Kilka słów o tym dlaczego wciąż oglądam Oscary oraz podsumowanie tegorocznej gali…

Jak na prawdziwego miłośnika kina przystało, już od kilku lat pielęgnuję tradycję corocznego oglądania gali wręczania najważniejszych nagród filmowych. I nie byłoby w tym absolutnie nic dziwnego gdyby nie fakt, że czynię to wbrew ogólnemu trendowi. Wstępnie opublikowane wyniki oglądalności niedzielnego rozdania niezwykle jasno i dobitnie wskazują na coraz to bardziej pogłębiający się kryzys wizerunkowy Oscarów.

Choć liczba oglądających systematycznie spada, to należy zwrócić szczególną uwagę, iż tempo tych zmian drastycznie przyspieszyło dopiero w ostatnich latach. O ile w 2015 roku mówiliśmy o 37,3 mln widzów przed telewizorami, to 5 lat później było ich już o ponad 1/3 mniej. Porównując zaś wstępny tegoroczny wynik do tego za 2020 rok, odnotowujemy spadek aż o rekordowe 58%!

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest oczywiście kilka. Niemniej, najważniejszymi są w mojej ocenie: a) zbytnie upolitycznienie nagród – członkowie Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej rzadko wykazują się odwagą w wyborze laureatów, przedkładając ponad to tak zwane „bezpieczne opcje”, b) niedostosowanie formuły do dynamicznie zmieniających się czasów – sama gala jest schematyczna i stanowi zwyczajnie kolejny pretekst do zaprezentowania widzom najważniejszych członków amerykańskiego przemysłu filmowego, c) spadek rangi Oscarów pośród innych nagród filmowych – w przeciwieństwie do chociażby Złotych Globów o wiele rzadziej doceniane są tu komedie czy blockbustery, zaś zwycięstwo w danej kategorii zależy przede wszystkim od skuteczności kampanii reklamowej filmu, a nie jego rzeczywistych walorów artystycznych oraz d) rosnąca konkurencja ze strony seriali – chodzi przede wszystkim o limited series, które niejednokrotnie są bardziej jakościowe aniżeli oscarowe produkcje.

Czy w świetle powyższego nadal znajduję więc uzasadnienie dla oglądania transmisji z wręczania Oscarów? Oczywiście, że tak! Jeśli pomyślimy o sztuce filmowej jak o swoistej dyscyplinie sportowej, to sezon nagród filmowych należy rozpatrywać w kontekście mistrzostw, których zwieńczeniem jest wielki finał. Podobnie jak w przypadku dowolnej dyscypliny sportowej równie mocno kibicuję tutaj danemu filmowi czy jego twórcy i przeżywam, gdy nie zostają oni należycie docenieni. W końcu, jak to zgrabnie ujął Martin Scorsese:

93. ceremonia rozdania Oscarów przejdzie do historii kina jako jedna z jej najbardziej niezwykłych edycji. Za sprawą pandemii COVID-19 konieczna była zmiana daty, miejsca i przebiegu samego wydarzenia. Gala została opóźniona aż o dwa miesiące, jej główną lokalizacją było Union Station w miejsce dotychczasowego Dolby Theatre, zaś lista zaproszonych gości została istotnie ograniczona poprzez wprowadzone protokoły sanitarne (dla przykładu nominowani mogli zaprosić tylko jedną osobę towarzyszącą, a same statuetki nie były wręczane do rąk własnych tylko wcześniej ustawiane na mównicy). Ponadto, w tym roku wyróżniono rekordową liczbę osób o odmiennym kolorze skórze i/lub narodowości oraz częściej doceniano kobiety (w kategorii „Najlepszy aktor drugoplanowy” wygrał ciemnoskóry Daniel Kaluuya, zaś drugą dopiero w całej historii Oscarów uhonorowaną reżyserką została Chloé Zhao). Zrezygnowano też z czasowego ograniczania długości przemów laureatów, a ostatnią ogłaszaną kategorią nie był wcale „Najlepszy film” tylko „Najlepszy aktor pierwszoplanowy”. Niestety, po raz kolejny nie zabrakło przewidywalnych wyborów (Frances McDormand górowała nad Carey Mulligan), natomiast część gali poświęcona upamiętnieniu zmarłych w ostatnim czasie osobistości współczesnej kinematografii (chociażby Ennio Morricone i Christopher Plummer) została ku ogólnemu zdziwieniu widzów potraktowana bez należytej staranności i uwagi.

Mimo zaistniałych zmian tegoroczne Oscary nadal pozostały największym świętem kina oraz docenienia wysiłków najlepszych twórców filmowych. Jeżeli jesteście więc ciekawi, które produkcje z przyjemnością Wam polecę, a które możliwie szybko sama nadrobię, to zachęcam do zapoznania się z poniższymi listami…

Pierwsza, w pełni zasłużona nagroda dla debiutującej jako scenopisarka brytyjskiej aktorki Emerald Fennell, którą można kojarzyć z serialu ‚The Crown’, w którym wciela się w Camillę Parker-Bowles. Film łączy kilka gatunków, dzięki czemu w świeży sposób opowiada o toksycznej męskości we współczesnym świecie. Ogromny plus za użycie znanego utworu Britney Spears w nowej aranżacji i wywoływanie żywiołowych dyskusji po seansie!

Duńska produkcja będąca przewrotną afirmacją życia, która za punkt wyjścia swojej historii uznaje tezę, iż człowiek rodzi się z niejako za małym o pół promila poziomem alkoholu we krwi. Jej reżyser – Thomas Vinterberg wygłosił jedną z najbardziej wzruszających mów na tegorocznej gali. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj fantastyczna rola Madsa Mikkelsena, który ku mojemu zaskoczeniu nie otrzymał nominacji.

Przejmujący portret muzyka, który stopniowo traci słuch. Na czym polega wyjątkowość tego obrazu na tle innych tego typu produkcji? Widz ma w tym konkretnym przypadku możliwość odczucia na własnej skórze namiastki tego, co przeżywa główny bohater. Koncertowa rola Riza Ahmeda. I tylko szkoda, że liczących się w grze pretendentów do zdobycia tytułu najlepszego aktora było jeszcze dwóch…

Można co prawda długo dyskutować o tym jak kolejne dzieło w dorobku Christophera Nolana mniej lub bardziej odstaje poziomem od jego sztandarowych produkcji. Niemniej, ciężko w przypadku tego filmu nie docenić zastosowanych tu efektów specjalnych, które niejednokrotnie zaskakują oglądających swoim realizmem i zmuszą do poszukiwania odpowiedzi na pytanie: „Ale jak oni to nakręcili?”.

Historia niezwykłej przyjaźni jaka narodziła się pomiędzy przyrodnikiem oraz dokumentalistą – Craigiem Fosterem a ośmiornicą z południowoafrykańskiej części Atlantyku. Czyż nie brzmi to intrygująco?

Przesympatyczna i rezolutna* 73-latka jest pierwszą koreańską aktorką uhonorowaną Oscarem. W ‚MINARI’ wciela się w postać jednego z członków rodziny, która przeprowadza się do Arkansas w pogoni za realizacją swoich marzeń. Swoją zwycięską przemową skradła show, stając się największą konkurencją w ramach najlepszych oscarowych przemówień dla triumfującej w 2019 roku Olivii Colman.

*zachęcam do obejrzenia dostępnego w sieci virala, na którym widać w jak mistrzowski sposób rozprawia się z niestosownym pytaniem zadanym przez jednego z dziennikarzy

Kolejny już Oscar w dorobku znakomitego duetu, tworzonego przez Atticusa Rossa i Trenta Reznora, który z niezrozumiałych dla mnie powodów nie otrzymał w 2012 roku nominacji za ścieżkę dźwiękową do ‚The Girl With Dragon Tattoo’. W podwójnie uhonorowanej animacji studia Pixar zatytułowanej ‚SOUL’ przenoszą oglądających w opowieść o tym, że nie zawsze warto czekać na lepsze jutro.

Odtwórca kultowej już w historii kinematografii postaci Hannibala Lectera jest najstarszym, gdyż 83-letnim laureatem w jednej z najważniejszych kategorii. W ‚FATHER’ portretuje ojca, który na przekór postępującej chorobie próbuje walczyć o zachowanie prawa do samodzielności i godnej starości.

Miłego oglądania i (być może) do zobaczenia za rok!