Brak głębi, poczucie pustki i rozczarowanie.

W 2011 roku ekrany naszych telewizorów, tabletów, komputerów (jeszcze wtedy nie objętych jakimiś dodatkowymi opłatami) oraz smartfonów szturmem wzięła seria krótkometrażowych filmów, które nie były ze sobą powiązanych fabularnie. Chociaż wiele teorii głosiło o tym, że wszystkie tak naprawdę mają miejsce w jednym uniwersum to do dzisiaj jest to interpretacja fanów, a nie coś co zostało oficjalnie potwierdzone przez twórców. Z pierwszych trzech odcinków niewątpliwie największa sławę zdobył ten w którym premier Wielkiej Brytanii stanął przed iście świńskim zadaniem, którego realizacja miała uratować członka królewskiej rodziny. Mowa oczywiście o „Czarnym Lustrze”, które na chwilę obecną dorobiło się pięciu sezonów i jednego filmu interaktywnego. Było to coś zupełnie świeżego i nie dziwię się, że tak szerokim echem odbijały się kolejne sezony. Dopiero w tym najnowszym czyli piątym odnotowałem brak konkretnego pomysłu na odcinki i był to w mojej opinii zdecydowanie najsłabszy ze wszystkich sezon.

Dlaczego o tym piszę? Bo to co dopadło „Czarne Lustro” dopiero w piątym sezonie, niestety już w drugiej odsłonie dosięgło „Miłość, Śmierć i Roboty”.

8 odcinków? Ostatnio było ponad 2 razy tyle!

Od bardzo dawna wyznaję teorię, że jakość jest zdecydowanie lepsza niż ilość. Dlatego widząc listę odcinków na której widniało raptem 8 pozycji nie byłem jakoś szczególnie zmartwiony. Pasowało to idealnie pod moją filozofię. Co prawda wyczuwam tutaj bardzo rychłą premierę kolejnego sezonu, który już został zamówiony. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest już cały gotowy. Netflix mógł uznać, że po co wyrzucać wszystko naraz jak można to ładnie podzielić na dwie części. No i nie udawajmy, że nikt tego wcześniej już nie robił. „Harry Potter i Insygnia Śmierci”, „Avengers” czy chociażby (z trudem mi się o tym pisze) „Zmierzch”.

Za każdym razem słyszeliśmy tłumaczenia reżyserów, że filmy zostały podzielone aby spełnić wizję twórców, scenarzystów, aktorów i zadowolić widzów. A każdy trzeźwo myślący człowiek powinien sobie zdawać sprawę z tego, że od początku do końca chodziło tylko o kasę. I bardzo możliwe, że ten sam przypadek mamy tutaj. Więc jak za pół roku dowiemy się, że trzeci sezon wpada na platformę powiedzmy na samym początku 2022 roku to nie byłbym ani trochę zdziwiony. Rodzi to natomiast nowe pytanie.

Czy gdyby taka wizja się spełniła to czy czekałbym na ten trzeci sezon równie mocno jak na drugi?

Zanim zacznę narzekać na drugi sezon „Miłość, Śmierć i Roboty” to chciałbym postawić sprawę jasno. To nie jest zły sezon. Gdyby pojawił się on jako pierwszy to widziałbym tutaj ogromny potencjał na rozwój w kolejnych. Niestety jednak pojawił się on po genialnym sezonie pierwszym i to jest jego największa wada. W 2019 roku poprzeczka została zawieszona tak wysoko, że ciężko było w sumie oczekiwać aby kolejne epizody były w stanie przebić to co zaserwowało nam kilkanaście ekip mających w swoich szeregach specjalistów od niesamowitej animacji. Przy okazji mieli oni wtedy też bardzo zdolnych scenarzystów. Takich którzy potrafili stworzyć historie bardzo krótkie, a jednocześnie niesamowicie głębokie (oczywiście nie mam tu na myśli wszystkich odcinków). I chyba gdzieś tam po drodze ktoś tych scenarzystów zgubił w trakcie przejażdżki pickupem po lesie. Ewentualnie dostali oni 2 razy mniej kartek papieru na scenariusz.

Średniego złe początki

Nie będę tutaj przytaczać po kolei każdego odcinka, bo nie czuję takiej potrzeby. Wiedźcie tylko, że gdyby ktoś mi dał do obejrzenia tylko dwa pierwsze odcinki, a potem zapytał „I jak?” to zapytałbym się go gdzie mogę się zwrócić po moje stracone pół godziny. Już pierwszy odcinek pokazuje kolejny problem drugiego sezonu czyli bardzo mocno wyczuwalne inspiracje z innych dzieł popkulturowych. Gołym okiem możemy tutaj dostrzec aluzje do wspomnianego wcześniej przeze mnie „Czarnego Lustra”. Dodajmy do tego tragiczny design głównej bohaterki, który niestety tylko potęgował wrażenie „czy ja aby na pewno dobry serial włączyłem?”. Na całe szczęście tylko pierwsze 2 odcinki są na tak niskim poziomie. Im dalej w las tym lepiej chociaż mocno nierówno. Odcinek „Regulator” niemal w każdym momencie bił do mnie hasłami „Equilibrium! Equilibrium!”. Kto nie oglądał filmu w którym mogliśmy zobaczyć jak Christian Bale walczy ze swoim stłumionym instynktem to szczerze go polecam.

Niestety samego „Regulatora” już tak bardzo nie polecam. Nawet mimo tego, że jako jedyny z nowych odcinków ma w sobie zawarty pierwiastek złego zakończenia. Nie mówię, że wszystkie historie powinny się kończyć źle dla bohaterów. Bardziej piję do tego, że jesteś trochę karmieni niczym z bajek Disneya. Cokolwiek się nie wydarzy na końcu będziemy zdrowi i szczęśliwi. A pole do popisu naprawdę jest spore. Dwukrotnie w trakcie oglądania mocniej nachyliłem się do przodu, bo już byłem przekonany, że „O! Teraz będzie draka na bank!”. Niestety tutaj spotkało mnie kolejny raz rozczarowanie, bo zamiast jakieś rzutu na taśmę w postaci niespodziewanego wydarzenia dostawałem czarny ekran. I do tego wszystkiego dodajmy, że jakiś głębszy przekaz czy możliwość rozwinięcia historii jeszcze bardziej dotyczy zaledwie jednego, jedynego odcinka. W porównaniu do pierwszej serii antologii jest to bardzo niesatysfakcjonujące.

To czy w ogóle warto?

Jasne, że warto. Bo chociaż brakuje tutaj paru naprawdę ważnych elementów to będziecie mogli obejrzeć kilka pięknie wyglądających animacji. Pod warunkiem, że pominiecie dwa pierwsze odcinki. W mojej opinii są one pod każdym względem po prostu złe. Może gdybym nie obejrzał ich jako pierwszych tylko gdzieś pośrodku to moje odczucia byłyby inne? Ja już się o tym nie przekonam ale jeżeli was w dalszym ciągu czeka wolny wieczór w trakcie którego będziecie chcieli nadrobić nowy sezon to zróbcie sobie tą przyjemność i pomińcie odcinki „Lód” oraz „Automatyczna obsługa klienta”. Pozostałe odcinki są przyjemne i momentami nawet zahaczają o niesamowicie wysoko zawieszoną poprzeczkę z pierwszego sezonu ale nie spodziewajcie się powalenia na kolana. To po prostu solidna porcja animacji. Tylko tyle i aż tyle. Całość można obejrzeć w około 2 godziny więc niewiele ryzykujecie.